1:8. Cena nienawiści. Jak cztery lata wojny zmieniły ulice Polski i zmusiły nas do pytania: kto komu pomaga?
Solidarność miała swój termin ważności. Emocjonalny zryw, który ogarnął Polskę po 24 lutego 2022 roku, dziś ustąpił miejsca rosnącemu sceptycyzmowi, a nawet niechęci. Jeśli myślicie, że historia naszej pomocy dla Ukraińców to opowieść o miłosierdziu, przygotujcie się na zimny prysznic statystyki.
Po czterech latach wojny stosunek Polaków do Ukraińców zmienił się radykalnie, co widać gołym okiem. Niestety, niezrozumienie, a nawet wrogość, narastają. A ponieważ prorosyjskie narracje i propaganda działają bardzo aktywnie, jako naród ryzykujemy popełnienie ogromnego błędu. Ci sami ludzie, których dziś wzywa się do wygnania, wpłacili do naszego budżetu miliardy złotych. Jakby pojawiło się pytanie: kto komu pomaga?
Niezrozumiałe nastroje polskich władz, rosyjska propaganda, prorosyjskie narracje w parlamencie, a do tego istniejąca rosyjska baza wywiadowcza nie tylko na terytorium RP, ale i w całej Europie. W dzisiejszym społeczeństwie te czynniki stały się kluczem dla "zombie-monomniejszości", która wcześniej nie mogła otwarcie wyrażać swojego poparcia dla "celów imperialistycznych" innych ludzi.
Dla Ukraińców nie wróży to nic dobrego, to pewne, ale z drugiej strony dla każdego z nich może otworzyć się inna szansa – znalezienia się w lepszym miejscu. Patrząc z perspektywy takiego obywatela Ukrainy: „Po co mi zostawać tam, gdzie mnie nie cenią? Po co być tutaj, jeśli gdzie indziej może być lepiej? Po co zarabiać mało, skoro można więcej? Po co być tam, gdzie nienawidzą mnie za samo moje istnienie?”, można sobie wyobrazić, jak milion naszych sąsiadów opuści nasz dom w poszukiwaniu bezpieczniejszego i bardziej pozytywnie nastawionego miejsca.
Co to oznacza dla Polski? Nic dobrego!
Jeśli przed wojną Ukraińcy w Polsce byli głównie pracownikami fizycznymi, którzy sezonowo przyjeżdżali na truskawki, kwiaty i do innych zawodów o niskim poziomie wymagań co do wykształcenia i doświadczenia, to teraz nie tylko aktywnie zdobywają lepiej płatne posady, ale też otwierają własne firmy. Biorąc pod uwagę te czynniki, nietrudno zrozumieć, dlaczego w 2024 roku polskie PKB wzrosło o 2,7% dzięki Ukraińcom, podczas gdy z powodu innych sektorów – zaledwie o marne 0,2%.
Obliczenia pokazują, że Polska zarobiła na Ukraińcach znacznie więcej, niż wydała na całą udzieloną im pomoc i wsparcie. Stosunek pomocy do wkładu w gospodarkę szacuje się na 1:5, a nawet 1:8. I tu pojawia się myśl z samego początku tekstu: „Jakby pojawiło się pytanie: kto komu pomaga, nie sądzicie?”
Ukraińcy aktywnie się zatrudniają i płacą podatki. Według szacunków państwowego Banku Gospodarstwa Krajowego, w ubiegłym roku Ukraińcy wnieśli do polskiego budżetu około 15,1 mld złotych w postaci podatków i opłat, a to, nie zapominajmy, to około 4 miliardy dolarów USA.
Wracając do działalności zawodowej, napływ ukraińskich pracowników pomógł wypełnić wakaty w różnych sektorach gospodarki, takich jak TSL, handel, budownictwo i usługi. Co ważne, nie stworzyło to negatywnych konsekwencji dla samych Polaków. Przez te trzy lata nie dowiedzieliśmy się, co to jest wzrost bezrobocia czy spadek płac. Wręcz przeciwnie, przyczyniło się to do wzrostu zatrudnienia wśród nas – Polaków, a także do zwiększenia produktywności przedsiębiorstw.
Dlatego, przypominając sobie niektóre narracje skierowane do Ukraińców o wykorzystywaniu polskiej „łaski”, opowieści o tym, że anulowanie „800+” spowoduje niesamowite zmiany w gospodarce RP, albo o tym, że nasi sąsiedzi z mapy odebrali nam miejsca pracy, to raczej kopiemy sobie dół na międzynarodowym rynku rozsądku, gościnności i adekwatności.
Jakie może być wyjście z takiej teoretycznej sytuacji? Oprócz tego, że będziemy musieli nagle wrócić do pracy przy kasie w McDonald’s czy Żabce, wrócić latem na pole do zbierania plonów, zastąpić wyjeżdżających specjalistów w fabrykach, magazynach i zakładach, lub po prostu zrezygnować z wielu podstawowych potrzeb, akceptując jednocześnie niezbyt ciekawe procesy gospodarcze dla kraju, rozwiązaniem może być oczywiście wypełnienie rynku pracy migrantami z krajów bliskich nam „pod względem wiary i kultury”, na przykład z Bliskiej i Dalekiej Azji lub dowolnej części Afryki.
Ale, po pierwsze, potrzeba na to czasu, a po drugie, zdrowego rozsądku, aby przyzwyczaić się do zupełnie innych ludzi, innych tradycji, innych języków. Można narzekać na Ukraińców przebywających tutaj, ile się chce, ale prawda jest taka, że kultura, wiara i język różnią się u nas tylko w niuansach.
Przyszedł czas odrzucić przestarzałe narracje o „wykorzystywaniu łaski” i spojrzeć na suche liczby: Ukraińcy nie są ciężarem – są motorem wzrostu, wnoszącym miliardy do naszego budżetu. Jeśli nadal będziemy kopać sobie dół na międzynarodowym rynku adekwatności i gościnności, odrzucając kulturowo bliskich nam sąsiadów, to będziemy zmuszeni przyjmować kogokolwiek. Pragmatyzm dziś to nie słabość, to jedyna strategia przetrwania i rozwoju.


